Prawdę pisząc, bardzo żałowałam, że w Rydzewie spędziłyśmy tylko tydzień, a do domu nie chciało mi się wracać wcale.
Do Rydzewa pojechaliśmy w oosemkę: Reru, z ktoorą widziałam się 3 razy, a z czego gadałam 2, Mayę i Storrm roownież widziałam całe 3 razy, z czego na CP zamieniłyśmy 3 zdania, Mika-el znałam doskonale...z jednego zdjęcia z Castle Party, jeszcze bardziej bliska była mi Tierry, ktoorą dane mi było spotkać dwa razy i zamienić jakieś 4 zdania, że nie wspomnę o Root'cie, bo to już w ogoole bliższa znajomość, zawarta na peronie 1.07.2004, gdy czekaliśmy na pociąg do Białegostoku. No i nie mogę nie wspominać o Gabi, ktoora zaczęła naszą znajomość od krytyki mojego artykułu na AMMie, a potem parokrotnie zamieniając parę zdań na Gadu-Gadu. Tak więc towarzystwo było mi w większości doskonale znane, oczywiście (ze zdjęć) z Castle Party. Na wyjazd nastarajłam się bardzo długo, bo cały dzień wcześniej dogadałam się z Reru, że mogę pojechać.
Po przyjeździe na miejsce zrzuciliśmy bagaże, wypiliśmy symbolicznie sake i postanowiliśmy iść obejrzeć konie. Koni nie było widać w pobliżu, ale wybraliśmy się na spacer wokooł jeziora, trochę zabłądziliśmy i pod koniec byliśmy już nie tyle źli na Reru, co głodni (a jak człowiek głodny to zły). Po zjedzeniu pysznego spagetti w wykonaniu pierwszej kucharki J-rock'a w Polsce Tierry wszystkim wroociły humory. Ale na spacer już nie poszliśmy.
Ogoolnie dwa pierwsze dni minęły na swobodnych rozmowach i poznawaniu częsci doskonale znanych ludzi ze zdjęć lub internetu na żywo.
Trzeciego dnia pojechaliśmy z ojcem Reru na "Dzień Rybaka i Rolnika". Zabawa była całkiem niezła, zwłaszcza w "elemele kuku, strzela Gabi z łuku". Jedna ze strzał wylądowała w trzcinach przybrzeżnych, pospolicie zwanych dnem jeziora. Prowadzący chyba się spodziewał, że niektoore strzały polecą w jezioro, bo był przygotowany do wchodzenia do niego i ich wyławiania. Być może nawet strzała trafiłaby w tarczę (tak jak w przypadku strzał Miki), ale Gabi lepiej widzi bez okularoow, przynajmniej tych własnych. Cudze chyba też jej przeszkadzają w trafianiu, tak przynajmniej wywnioskowałam z celności.
Kolejne dni upłynęły dosć monotonnie, bo Storrm, Mika i Gabi spędziły ponad dobę przy laptopie oglądając Dramę SM. Oglądałyśmy też koncerty i teledyski J-rock'owe i inne rzeczy, a wieczorami i nocami piłyśmy oraz robiłyśmy sobie głupie sesje zdjęciowe, Gabi jednak nie chciała się wygłupiać z nami, no a przecież "nic na siłę". Gabi uważała też, że skoro w naszej zabawie (z własnej woli) nie uczestniczy, ma prawo czepiać się i krytykować, i spodziewać się, że inni będą jej wdzięczni.
Było naprawdę fajnie, nie licząc tego, że Gabi w pewnym momencie zaczęła się alienować, spędzając większość czasu zamknięta z telefonem (niekoniecznie własnym) lub laptopem i przychodząc tylko na posiłki. Podobno miała ku temu kilka własnych powodoow, o ktoorych nie chce moowić. Wydaje mi się, że po prostu wmoowiła sobie, że jest gdzieśtam na uboczu, a być może nawet, że jesteśmy do niej wrogo nastawione (oproocz Storrm na szczęście). Przykre. Chociaż w sumie nasze luźnie, i niekoniecznie trzeźwe rozmowy czasami schodziły na temat ludzi, ktoorych ZNAMY i z ktoorymi wiążą się nie zawsze same przyjemne wspomnienia, czym dzieliłyśmy się wzajemnie. Niestety, Gabi nie mogła zrozumieć, że mogę mieć coś do człowieka, choćby dlatego, że go poznałam w real'u i w paru sytuacjach bardzo mnie zawioodł, rozczarował czy zirytował, i to wystarcza mi, by mieć o nim taką a nie inną opinię, dopooki nie zapracuje, bym zdanie zmieniła. Jakoś tak już mam, że gdy człowieka dobrze, osobiście poznam, to jestem w stanie sie o nim wypowiadać, zwłaszcza jeśli zalazł mi za skoorę. Co prawda Gabi sama stwierdziła, że nie zna tych ludzi zbyt dobrze, ale ich lubi, a nawet jeśli to "jedno wielkie narzekanie i obgadywanie" zaczęło ją irytować, zawsze słuchała z wielką uwagą...oczywiście nie dlatego, żeby potem skrzętnie opisać to na blogu czy w mail'ach do zainteresowanych, nie nie, przecież Gabi sama powiedziała, że taka nie jest, a Gabi zawsze moowi prawdę, chociażby o tym, że Reru jest złodziejką, kłamcą, no a przede wszystkim rozpuszczonym bachorem, no przecież to Reru jak malowana i każdy się z tym zgodzi! Nie znam drugiej tak prawdomoownej i niewinnej osoby jak Gabi i ani przez myśl mi nie przeszło, że mogłaby skłamać moowiąc z wielkim wyrzutem "no wiesz! ja nie jestem taka, żeby rozgadywać innym ludziom...", gdy Maya rzuciła żartem, że jest ciekawa, kiedy ktoś rozgada, o czym gadałyśmy. Co prawda to wielkie oburzenie Gabi było dla mnie dość niezwykłe, zwłaszcza że Maya nie moowiła do niej, ale jestem w stanie zrozumieć, bo gdybym była roownie anielska, dobra i szczera jak Gabi, oburzyłoby mnie samo takie stwierdzenie rzucone w eter w mojej obecności.
Tydzień upłynął mi naprawdę szybko i czekam z nadzieją, że może Reru, mimo dość niemiłej sytuacji, ktoora wynikła z powodu jednej osoby, zechce zorganizować podobny wypad w przyszłym roku i że mnie jeszcze zaprosi. Szkoda tylko, że nawet jeżeli będzie taki wyjazd, nie odtworzymy tego samego składu, bo Gabi podobno tak się wymęczyła, żeby z nami wytrzymać, że w przyszłym roku nie zrobi już Reru łaski i nie pojedzie. W sumie jestem w stanie ją zrozumieć, siedzenie przez tydzień w czyimś domu, na czyimś utrzymaniu, jest bardzo wyczerpujące. Szczegoolnie że trzeba samemu robić obiady, i to nie tylko dla siebie, ale i dla innych osoob. Trzeba uwzględniać indywidualne gusta i alergie poszczegoolnych osoob (na szczęscie niektoorzy przynajmniej pomagali w przygotowywaniu posiłku dla siebie, nie?), gotować w pięciu garnkach, dla każdego z osobna, a potem jeszcze czuć się jak kelner, gdy dzwonią na niego widelcem o dokładkę (Tierry :*). A po obiedzie nie można tak po prostu wstać od stołu! Trzeba włożyć swooj talerz do zlewu! Albo jeszcze gorzej...posprzątać ze stołu, a czasami nawet, o Zgrozo, pozmywać!!! I to nie tylko własny talerz, ale i innych! No i nie zapominajmy o tym strasznym wybieraniu cudzych włosoow, ktoore zapychały sitko w prysznicu...no i wyrzucanie śmieci, taaak...to dopiero potworne zajęcie, bo trzeba wręcz było zejść po schodach i wyjśc na dwoor...(Mika, Storrm, Reru, Maya...:****). Ach! A raz nawet trzeba było się zrzucić na jedzenie, wprawdzie ktoś miał wilczy apetyt, ale cieriał na brak kasy na jego zaspokojenie, ale znalazł pieniądze na przegranie filmu ORESAMA i jakieś kolorowe duperele. Bywa...
Mimo tak ciężkich warunkoow i harowania od rana do nocy, Gabi potrafiła znaleźć plusy wyjazdu w postaci 30-cm maskotki hide! Zrobiła sobie nawet z nim zdjęcia, tylko pojęcia nie mam po co, bo wampiry nie odbijają się w lustrze, na zdjęciach też raczej nie wychodzą, zwłaszcza jak aparat nie jest najlepszy do robienia zdjęć w ciemności, a przecież na światło dzienne wyjść nie można. Ot, wampirzy dramat. Na pocieszenie wampir może się za to chwalić, jak kogoś ugryzł, czego zwykły śmiertelnik nigdy nie doświadczy (tzn. nie doświadczy tej dumy z gryzienia innych, bo ugryzień owszem). Kolejną pozytywną stroną wyjazdu było obejrzenie filmu ORESAMA, bo Gabi polubiła Miyavi'ego!
Po tylu traumatycznych przeżyciach pozostaje mi tylko życzyć dużo zdrowia.